Burza, niedźwiedzie i Cyganie, czyli rumuńska przygoda w Fogaraszach…

Późno bo późno, ale w końcu nadeszła wiosna. Świat wkoło staje się zielony i jakby weselszy.  O tym jak bardzo zielona potrafi być przyroda, najbardziej przypominają mi góry w Rumunii, gdzie bezkresne lasy stanowią idealne schronienie dla przeszło sześciu tysięcy niedźwiedzi. Jakoś tak wyszło, że mieliśmy okazje się o tym przekonać 😉

A było to tak. Posłuchajcie…

Góry Fogaraskie

Jest wrzesień 2009 roku. Po blisko dwóch tygodniach wyprawy przez Ukrainę i Rumunię, zatrzymaliśmy się w przydrożnym motelu. Motel ten, jak wiele innych na trasach naszych wypraw, miał swoją drugą działalność. W tym wypadku nie było tak źle, bo była to po prostu dyskoteka. Uwierzcie mi, że dużo gorzej śpi się w „motelach”, w których ściany są różowe, światła przygaszone, a obrazy na ścianach niedwuznaczne. W takich sytuacjach człowiek skupia się tylko na tym, aby dotykać jak najmniej rzeczy i marzy o kolejnej nocy w swoim własnym, urokliwym  i lekko śmierdzącym stęchlizną namiocie. Ale o tym na pewno będzie jeszcze okazja napisać w przyszłości…

Tak więc zatrzymaliśmy się w motelu, przed czekającym nas następnego dnia trudnym etapem, czyli pokonaniem Szosy Transogarskiej. Droga ta – obecnie atrakcja turystyczna- powstała na życzenie Nicolae Ceauşescu , rumuńskiego dyktatora komunistycznego, który najwidoczniej pozazdrościł Austriakom zapierających dech w piersiach alpejskich dróg i postanowił przeznaczyć miliardowe sumy pieniędzy na budowę własnej, górskiej przełęczy. Dziś droga ta stanowi Mekkę motocyklistów i miłośników górskich serpentyn, którzy zapewne nawet nie wiedzą, że kosztowała życie 40 budujących ją rumuńskich  żołnierzy. Prawdę mówiąc, w momencie jej pokonywania nas też niewiele to obchodziło…

W drodzę na Szose TransfogaraskaWyruszyliśmy około godziny 9.00. Początkowo trasa prowadziła dość ruchliwą asfaltową drogą, ale szybko udało się odbić w wiejską, polną ścieżkę. Teren był zupełnie płaski, dzięki czemu majaczące w oddali i spowite chmurami góry, robiły naprawdę sporę wrażenie.  W międzyczasie okazało się, że pomyliliśmy drogi, co kosztowało nas szybką przeprawę przez płytką, ale dość wartką rzekę. Po kilku kilometrach, podczas których przyszło nam jeszcze przebijać się przez liczne stado owiec, dojechaliśmy do głównej drogi prowadzącej na przełęcz.  Tu spotkaliśmy kilku motocyklistów z Polski, którzy właśnie wracali z góry. Takim to dobrze – pomyślałem – podciągną trochę obroty i bezboleśnie docierają na szczyt. Nas czekało jednak jakieś 40 km podjazdu, 1800 metrów przewyższenia i jak się właśnie dowiedzieliśmy, zła pogoda na szczycie.

W drodzę na Szose Transfogaraska

Początkowo jechaliśmy w miarę blisko siebie, ale po kilku kilometrach wspólnie z Darkiem odskoczyliśmy nieco Rafałowi. Są takie dni, kiedy jak to się mówi „noga podaje” i wyglądało na to, że tego dnia właśnie nam podawała.  Pierwszy etap podjazdu prowadził przez lasy i tylko pojawiające się gdzieniegdzie prześwity pozwalały spojrzeć na będącą  coraz niżej dolinę, która w przeciwieństwie do pochmurnych gór, mieniła się w promieniach słońca. Trudno określić co robiło większe wrażenie  – zachmurzone góry z perspektywy słonecznej doliny, czy płaska dolina obserwowana gdzieś tam z góry. Wtedy jeszcze mieliśmy siły, żeby zastanawiać się nad takimi pierdołami. Wkrótce jednak miało się to zmienić.

Szosa TransfogaraskaDojechaliśmy do miejsca, w którym można wsiąść w kolej linową i za pomocą wagonika podobnego do tego znanego z Kasprowego Wierchu, wyciągnąć się do góry. Oczywiście jakoś nie stanowiło to dla nas atrakcji, dlatego też po prostu usiedliśmy w barze aby wypić Coca-Cole i poczekać na Rafała. Problem polegał na tym, że zaczęło robić się nieprzyjemnie zimno, a Rafała nie było. Uznaliśmy, że spotkamy się na szczycie, gdyż utrata ciepła i zastygnięcie mięśni mogłoby nas sporo kosztować podczas dalszej części wspinaczki. Z miejsca, w którym siedzieliśmy doskonale było widać dalszą cześć drogi, wijącej się gdzieś serpentynami wkoło niemalże pionowej góry. Patrząc na to zrozumiałem, gdzie zużyto te 6 milionów ton dynamitu, wykorzystanego przy budowie drogi.

Ruszyliśmy dalej. Z każdym kilometrem szło nam coraz trudniej. Podjazdy mają to do siebie, że wyglądają super na mapach, zdjęciach i we wspomnieniach, ale w momencie, w którym się je pokonuje, ma się tylko jedno marzenie – niech to się już skończy ! Podczas takich powolnych wspinaczek nie liczymy z reguły kilometrów, a raczej wysokość, jaka pozostała nam jeszcze do zdobycia szczytu danej przełęczy.  W praktyce dłuży się to tak, jak piątkowe popołudnie w pracy..

Szosa TransfogaraskaPowoli zaczął siąpić deszcz, co akurat niespecjalnie nam przeszkadzało. Jechaliśmy dalej obserwując zmieniającą się scenerię. Lasy zostały w dole, a przed nami były tylko „łyse” góry. Z każdym kilometrem deszcz stawał się  jednak coraz bardziej intensywny. Osobiście lubię jeździć w deszczu, bo wyzwala we mnie dodatkową porcje mobilizacji (oczywiście pod warunkiem, że nie trwa kilka dni, a w dodatku śpimy tylko pod namiotem ). O  ile jazda w deszczu nie stanowi większego problemu (zwłaszcza na szosie), o tyle już otwarcie muszę przyznać, że boję się burzy. Znany jest nam przypadek, gdzie pomimo wyższych i bardziej narażonych na uderzenie pioruna miejsc, z niewiadomych przyczyn, ten za cel obrał sobie właśnie rowerzystę, co niestety – jak nietrudno się domyśleć – było tragiczne w skutkach. Zawsze gdy słyszę burzę, a jadę na rowerze, mam ten przypadek w głowie. Miałem też i teraz, gdy słyszałem pierwsze grzmoty. A trzeba przyznać, że w końcowej fazie wspinaczki, brzmiały one wyjątkowo przerażająco. Działo się tak dlatego, że ostatnie kilometry prowadziły żlebem, po którego dwóch stronach znajdowały się utopione w chmurach skalne szczyty. Dźwięk odbijał się zatem echem i sprawiał wrażenie jakbyśmy zaraz mieli znaleźć się w samym centrum tej burzowej chmury. To chyba dlatego pomimo niemałego już zmęczenia i prawie czwartej godziny walki z przełęczą, włączył mi się „motorek”. Widok coraz bliżej znajdujących się budynków umiejscowionych na szczycie przełęczy, w połączeniu ze świeżą dawką adrenaliny sprawiał, że kolejne zakręty tej górskiej serpentyny, zaczęły być „połykane” szybciej.

Szosa TransfogaraskaTak o to siłą własnego strachu, udało się zdobyć szczyt. Na górze przy schronisku zaparkowane było masę samochodów, a tłok w restauracji był dość spory. Udało się jednak znaleźć wolny stolik, tak więc zamówiliśmy jedzenie i czekaliśmy na Rafała. Było coraz później, a perspektywa wyjścia na dwór, gdzie panował okropny chłód, nie napawała nas optymizmem. Postanowiłem zapytać się o wolne pokoje, jednak Pani tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że od dawna wszystko jest porezerwowane. Fakt, była sobota, a trzeba przyznać, że Rumunii uwielbiają spędzać weekendy poza domem, w plenerze. Najlepiej widać to po poboczach dróg, gdzie co chwilę można znaleźć paleniska i miejsca po biwakach.

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach pojawił się Rafał, który również nie wyglądał na kogoś, kto miałby jeszcze ochotę jechać dalej. Niestety nie było wyjścia, a w dodatku – z uwagi na coraz późniejszą porę i zbliżający się zmrok – trzeba było ruszać w drogę. Jak się miało za chwilę okazać, to nie miał być koniec emocji tego dnia…

Szosa TransfogaraskaWychodząc ze schroniska zderzyliśmy się ze ścianą zimna. W dalszym ciągu siąpił deszcz, wiał chłodny wiatr, co w połączeniu z zastygłymi mięśniami i zmęczeniem, nie dawało przyjemnego efektu. Przed nami był tunel o długości kilkuset metrów, prowadzący tuż pod skalnym szczytem przełęczy. W tunelu tym nie było oświetlenia, tak więc musieliśmy polegać tylko na naszych czołówkach. Umówmy się, że w kompletnych ciemnościach – a takie panowały w tunelu – to trochę mało. Błędnik szaleje, ryk pojedynczego samochodu staję się nie do zniesienia, a w powietrzu czuć zapach spalin – to wystarczająco dużo powodów aby nie lubić tuneli. Dobrze, że było z górki i szybko udało się bezproblemowo przejechać na drugą stronę góry. Tam pogoda była nieco inna – nie padało, a widoczność była dużo lepsza. Za to wiało ze trzy razy mocniej. Po raz pierwszy (i chyba jedyny) zdarzyło mi się, aby podczas zjazdu i pokonywania zakrętów, wiatr podcinał mi rower. W pewnym momencie podmuch był na tyle silny, że niewiele brakowało, a faktycznie by mnie powalił. Trzeba jednak przyznać, że zjazd sam w sobie był fantastyczny. Gdyby tylko nasza forma, pogoda i godzina sprzyjały, na pewno dostarczyłby więcej radości i satysfakcji, a tak każdy z nas myślał tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć jakąś metę (najlepiej ciepłą i suchą).

Szosa TransfogaraskaO ile podczas podjazdu kilometry lecą wolno, o tyle podczas zjazdu każdy kilometr to kwestia paru minut. Tak więc ok 20 km. zjazdu zajęło nam jakieś pół godziny. Zaczynało robić się ciemno, a my wjechaliśmy na nieco mniej stromy i kręty odcinek zjazdu. Tempo nadal było szybkie i wkrótce pozwoliło nam dogonić starą Dacię. Plusy tego były takie, że mieliśmy solidne oświetlenie i osłonę przed wiatrem, natomiast zdecydowanym minusem był fakt, że sami moglibyśmy jednak jechać o te 5 km/h szybciej. W pewnym momencie nawet rozważaliśmy wyprzedzenie samochodu, ale ostatecznie kierowca tego cudu rumuńskiej myśli technicznej, postanowił stanowczo przyśpieszyć i po jakimś czasie zniknął nam z pola widzenia.

Nie na długo…

Po około 5 minutach zobaczyliśmy znajomą Dacię stojącą na drodze, w dodatku z zapalonymi światłami awaryjnymi i kilkoma innymi autami przed sobą. Wypadek, pomyślałem. Szybko jednak zostałem naprostowany przez faceta, który wyszedł z auta aby nas zatrzymać. Stójcie – powiedział stanowczo jak gdyby był co najmniej policjantem, chroniącym dostępu do miejsca,  gdzie właśnie znaleziono materiały wybuchowe  – tu jest niedźwiedź, zawracajcie ! – dodał. Jaki niedźwiedź, o czym on mówi ? – zapytałem. Odpowiedziałem sobie sam, wychylając głowę za sznurek aut. Na poboczu wąskiej, górskiej drogi leżał worek ze śmieciami, a przy nim nie niedźwiedź, a….. dwa niedźwiedzie – mama i mały niedźwiadek. Nie byłem nigdy orłem z biologii, ale wiem, że samica z młodym to chyba najgorszy mix, jaki można sobie wyobrazić przy spotkaniu z dzikimi zwierzętami. Zwłaszcza takimi, które potrafią zabić jednym ruchem łapy. Pamiętam jak przed wyjazdem oglądałem na Discovery program słynnego Beara Gryllsa, który podczas odcinka kręconego właśnie w Rumunii natrafił na niedźwiedzia i uznał za skrajnie niebezpieczne, że znalazł się w odległości kilkudziesięciu metrów od niego (link poniżej). Żeby było śmieszniej, pierwszą  noc w Rumunii spędziliśmy w kwaterze prywatnej, gdzie zaraz po włączeniu TV natrafiliśmy na…. wspomniany odcinek Beara. Cytując klasyka – „Przypadek? Wątpię ! ”

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=6uw7QM8Nx_k]

Staliśmy jak wryci. Co robić? Przed nami dwa niedźwiedzie, a za nami 25 kilometrów podjazdu (czyli w obecnej formie 3,5 godziny nocnej wspinaczki), w dodatku bez perspektyw na jakikolwiek nocleg. O ile niedźwiedzia mama na skutek klaksonów i mrugających świateł aut miała moment zawahania, w którym chciała się wycofać i zrobiła nawet w tym celu kilka kroków wstecz do lasu, o tyle maluch niewzruszony pałaszował zawartość worka ze śmieciami ( w tym momencie brawa dla idioty wyrzucającego śmieci na drogę !). Wiadomym było, że samica nie pozostawi młodego, tak więc na to, że niedźwiedzie wkrótce się przemieszczą, nie można było liczyć. Zapewne to i lepiej, bo nigdy nie wiadomo co zwróciłoby ich uwagę gdyby worek na śmieci został już opróżniony.

Jedyna fotka wykonana podczas spotkania z niedźwiedziami. Może ktoś się dopatrzy ;)Auta powoli zaczęły się rozjeżdżać i  w pewnym zostaliśmy tylko my, niedźwiedzie i ….stara Dacia. Kierowcą samochodu był starszy Pan, wyglądający na tzw. niedzielnego kierowcę, który zapewne postanowił zabrać swoją małżonka na sobotnią przejażdżkę. Nie było to jednak istotne, gdyż ów Pan i jego auto byli naszą ostatnią deską ratunku. Na migi dogadaliśmy się z nim, że pojedzie bardzo powoli i posłuży nam jako tarcza ochronna. Tak też się stało. Z jedną nogą wpiętą w pedał, drugą służącą do odpychania od podłoża, ruszyliśmy.  Serce waliło mi jak młot, chociaż w tym momencie nie odczuwałem jeszcze strachu. Zbliżaliśmy się coraz bliżej newralgicznego momentu, w którym znajdziemy się na wysokości niedźwiedzi, od których będzie nas dzielić jedynie auto i jeszcze metr, może dwa dystansu. W pewnym momencie miałem ochotę, nacisnąć na pedał i ruszyć z kopyta. Mimo wszystko byłoby to nierozważne, gdyż jak wiadomo dla wielu drapieżników potencjalną ofiarą stajemy się w momencie, w którym zaczynamy uciekać.

Pomimo braku jakiejkolwiek reakcji ze strony niedźwiedzi emocję sięgały zenitu. To mógł być ułamek sekundy, kiedy samica poczuje się zagrożona i przystąpi do ataku. Nie mielibyśmy wówczas żadnych szans ucieczki – nawet na rowerach. Zwierzęta te potrzebują zaledwie kilku sekund aby rozpędzić się do 50 km/h.

Gdy już wydawało się, że zaraz będzie po wszystkim, stała się rzecz niespodziewana. Dacia stanęła. Co jest ku*** ?!  – pomyślałem. Drzwi od strony pasażera się otworzyły, a starsza Pani stwierdziła, że jest to właśnie najlepsza pora do wykonania fotografii… Zdążyłem tylko krzyknąć – lekko przeraźliwie pewnie brzmiące – „nooo !”. Kobieta błyśnie flashem prosto w oczy zwierzęcia, zamknie drzwi i odjedzie, a my zostaniemy cztery metry od wkurzonej niedźwiedziej mamy. Grzecznie, ale bardzo stanowczo poprosiłem kobietę aby zamknęła drzwi i żeby powoli ruszyli dalej. Na szczęście przytaknęła  i po chwili Dacia znów ruszyła. Gdy tylko poczułem, że dystans jest już bezpieczny stanąłem na pedały i wystrzeliłem przed siebie. Darek i Rafał zrobili dokładnie to samo. Jechaliśmy jakbyśmy zobaczyli przed chwilą ducha i pomimo, że było kompletnie ciemno, a my nie mieliśmy oświetlenia, nikt z nas nie miał najmniejszej ochoty aby się zatrzymać i ubrać czołówki. Dopiero po 10 minutach stwierdziliśmy, że dla bezpieczeństwa należałoby jednak to zrobić.

Właściwie to dopiero w tym momencie, gdy adrenalina już opadła, zacząłem odczuwać strach. Uświadomiłem sobie, że te niedźwiedzie, o których tyle czytałem i przed którymi ostrzegał Bear Grylls są tutaj na serio. Paradoksalnie, szczerze wątpię aby one w jakikolwiek sposób przejęły się naszą obecnością, chociaż byliśmy zaledwie kilka metrów od nich. Dziś zastanawiamy się co by było gdyby nie obecność innych ludzi i ich aut? Z naszym oświetleniem mieliśmy prawo nie zauważyć niedźwiedzi do ostatniej chwili, a o ile można zrozumieć dlaczego nie reagowały na obecność aut, o tyle już przejeżdżająca im przed nosem trójka rowerzystów, mogłaby sprowokować.

Założyliśmy czołówki i ruszyliśmy dalej. Ruch samochodowy wymarł, zatem jechaliśmy sami, niemijani przez żadne samochody. Kuba czy mógłbyś z łaski swojej oświetlać drogę, a nie las ?! –  zwrócił mi uwagę lekko podirytowany Darek. I faktycznie, zamiast patrzeć na drogę, ja z uporem maniaka patrzyłem się na las, bo przecież teraz w mojej głowie,  za każdym kolejnym drzewem czyhał przerażający niedźwiedź, który tylko czekał żeby nas dopaść.

Dojechaliśmy do jeziora gdzie mogliśmy wybrać dwa warianty drogi – dalej główną drogą w lewo, albo leśną i jeszcze ciemniejszą w prawo. Oczywiście nikt z nas nie miał ochoty wjeżdżać do złowrogo wyglądającego lasu (bo tam na pewno jest niedźwiedź!), tak więc postanowiliśmy kontynuować podróż główną szosą.  Teraz po lewej mieliśmy las, a po prawej skarpę i jezioro. Drogi przy górskich jeziorach są o tyle niewdzięczne, że jest to klasyczne tzw. „up & down”, a my na serio nie mieliśmy już na to siły. Na domiar złego brakowało nawet kawałka polanki, czy szerszego pobocza do rozbicia namiotów. Od przygody z niedźwiedziami minęła już dobrze ponad godzina. Głód i zmęczenie powoli zastępowały strach. To ciekawe, ale z każdym kilometrem moja skłonność do spania w tym lesie rosła, byle tylko moje nogi mogły przestać kręcić, żołądek się zapełnić, a skóra doświadczyć suchego i ciepłego ubrania. Co gorsza okazało się, że popełniliśmy błąd, gdyż po drugiej stronie jeziora było widać światła budynków i campingów. Nie było już jednak sensu wracać się tych kilkanaście kilometrów, tak więc pozostała nam nadzieja, że za chwilę znajdziemy wymarzone miejsce do spędzenia nocy (najlepiej jakiś pensjonat, lub kwaterę).

Wkrótce pojawił się promyk nadziei. Dostrzegliśmy blask ogniska palącego się nieco powyżej drogi i dobiegające stamtąd ludzkie głosy. Rewelacja ! – pomyślałem – to na pewno jakiś pensjonat albo chociażby dom, obok którego będziemy mogli się rozbić. Zatrzymaliśmy się. Zostawiłem rower przy drodze i ruszyłem w górę w kierunku wspomnianego ogniska. Grupa skupiona wokół ognia sprawiała wrażenie bardzo rozbawionej, co ogólnie nastawiało mnie jeszcze bardziej pozytywnie. Zbliżając się spuściłem głowę, co by przypadkiem nie świecić nikomu na dzień dobry po oczach (a zasadniczo, to na dobry wieczór). Gdy tak powoli się do nich zbliżałem zapadła jakby lekka cisza. Podniosłem głowę i….. ujrzałem grupę pijących i bawiących się Cyganów.

Cyganie, zaraz po niedźwiedziach, to była druga rzecz, przed którą nas przestrzegano. Po chwili konsternacji zadałem pytanie, które do dziś wzbudza we mnie śmiech (zresztą podobnie jak i wzbudził u Cyganów) – Do you speak English? – zapytałem. Do dziś nie wiem czego się spodziewałem – „Yes, of course! How can I help you? ” ?!  Gdybym faktycznie  spodziewał się takiej odpowiedzi, to pewnie srogo bym się rozczarował. Uśmiechy jednak dalej nie znikały z twarzy Cyganów, tak więc postanowiłem rzucić kolejne pytanie, tym razem bardziej ogólne i międzynarodowe – Hotel? Motel ? Jeden z Romów powtórzył moje słowa i pokazał mi, że muszę wrócić  do wspomnianego rozjazdu i przejechać na drugą stronę jeziora. Oczywiście nie wchodziło to w grę, więc pokazałem na migi, że stamtąd właśnie jedziemy i dodatkowo – co musiało wyglądać wyjątkowo debilnie – odegrałem scenkę spotkania z niedźwiedziem. Cyganie wydawali się być jeszcze bardziej rozbawieni i szczerze mówiąc wcale im się nie dziwie – gdyby do mnie w trakcie imprezy, przyszedł jakiś dziwny koleś w obcisłym stroju i zaczął mi pokazywać na migi,  że widział niedźwiedzia, pewnie też świetnie bym się bawił.

Na szczęście, po chwili zastanowienia inny z Cyganów pokazał na nasz kierunek jazdy i rzucił – funf kilometer hotel. Ooo i to była cenna, a co najważniejsze pozytywna informacja  (w  dodatku nie pokazana) ! Uśmiechnąłem się szeroko, pokiwałem i odmaszerowałem. Nie potwierdziły się przestrogi i ostrzeżenia – Cyganie okazali się bardzo mili. Może dlatego, że jednak byli na jakimś wyższym poziomie, niż chociażby ci, których mieliśmy okazję spotkać później na dworcu kolejowym. Baa, mieli nawet swoje auto. Oczywiście są to też zupełnie inni Cyganie, od tych których znamy z naszych polskich supermarketów czy pełnych fantazji domów.

Przekazałem chłopakom pozytywne wieści i ruszyliśmy dalej. Ujechani byliśmy nieziemsko, toteż kilometry leciały bardzo powoli. Niestety 5 kilometrów minęło, a hotelu brak. Po 10 niestety też ani śladu, lub chociażby tablicy informującej o jakimś miejscu noclegowym. W końcu znaleźliśmy kawałek szerszego pobocza, a w zasadzie to przydrożnego parkingu, na którym stała przyczepa campingowa, zapewne służąca jako bar, a obok niej kilka stolików i daszek. Pomimo napisu „teren privati” i znaku zakazu,  postanowiliśmy się rozbić. Najwyżej rano nas ktoś wygoni, jednak w tej chwili nie widzieliśmy szans na lepszy nocleg i nie specjalnie nas to interesowało. Zaczęliśmy rozbijać namioty i przygotowywać posiłek.

Nasze obozowisko - dzień późniejPo chwili na drodze pojawiło się pierwsze od dawna auto. Kierowca zatrzymał się niedaleko nas, otworzył drzwi, wysiadł, zrobił chwiejny krok i zaczął załatwiać swoją potrzebę fizjologiczne prosto na pas przecinający obie jezdnie. Hmm, można i tak – pomyślałem.  Po chwili kierowca spojrzał w naszą stronę i jakby wytrzeszczył wzrok, chcąc wyłapać ostrość . Aaaaaa – wykrzyknął rozkładając szeroko ręce i dodał  jeszcze coś czego niestety nie zrozumieliśmy. Pomachał do mnie żebym podszedł do jego auta, otwierając przy tym bagażnik.  Aaaaa – powiedziałem i ja, szeroko się przy tym uśmiechając. Wszystko jasne, to był Cygan, którego godzinę wcześniej pytałem o drogę !  Pokazał ręką w kierunku dalszej podróży i powiedział, że tam zaraz jest hotel, ale to gdzie śpimy i jak śpimy to dopiero jest super (tak przynajmniej to wyglądało z jego gestykulacji i użytego słowa super) ! Mówiąc to sięgnął do bagażnika i wyciągnął z bagażnika trzy browary. Dwa dał nam, jedno wypił duszkiem, po czym poklepał mnie po plecach, zaśmiał się , wsiadł do załadowanego rodziną auta i odjechał. Nie wiem ile miał promili we krwi, ale na pewno nie mało. Jedno jest pewne, w tych okolicach łatwiej spotkać niedźwiedzia, niż policję.

To piwo było naprawdę dobrą nagrodą po tak ciężkim i emocjonującym dniu. Szczerze mówiąc, gdy wszedłem do swojego śpiwora, nawet nie miałem sił myśleć o tym, czy w nocy nie odwiedzi nas przypadkiem jakiś niedźwiedź. Nie było też sił na wspominanie i rozmyślanie. Po prostu położyłem głowę na karimacie i odpłynąłem…

Uff. Trochę się rozpisałem. Mam nadzieję, że chociaż 10% osób, które zaczęły czytać to opowiadanie, dotrwało do końca 😉

Pozdrawiam,
Kuba

5 thoughts on “Burza, niedźwiedzie i Cyganie, czyli rumuńska przygoda w Fogaraszach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *